Pod Ireną ugięły się nogi, kiedy zobaczyła tę dziwną małą salę w piwnicy pod kościołem, do której poprowadził ją ksiądz. W sali szafa, na ścianie obraz. Typowy pokój w zakrystii, gdyby nie łóżko. Stało na środku. Irena dziś już nie pamięta, czy było metalowe, czy drewniane, ale na pewno zwisały z niego skórzane pasy – na ręce, stopy, brzuch i kolana. Pasy zapamiętała dobrze, bo chwilę potem wbiły jej się w ciało i otarły do krwi. Obok leżały przedmioty rozłożone jak do operacji – stuła, fioletowa książeczka modlitewna, kustodium z hostią, relikwiarze, krzyże.

Wpadła w panikę, zaczęła mówić księdzu, że ma chore serce, i błagać, żeby wypuścił, ale nie zwracał na nią uwagi. Wiedziała, co sobie myśli: szatan to oszust, zrobi wszystko, żeby uniknąć kontaktu z tym, co święte.

Pomocnicy księdza złapali ją i po chwili leżała na łóżku związana pasami tak, że nie mogła się ruszyć.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej