59. minuta meczu. Brodaci fani miejscowego Dalkurd FF oczekują w napięciu na jednego jedynego gola, który da ich drużynie upragniony awans do szwedzkiej ekstraklasy.

Młody Henrik Löfkvist, jeden z nielicznych jasnowłosych w kadrze, dostaje piłkę przy linii bocznej boiska. Podaje do Heradiego Rashidiego. Ten wpada w pole karne i czubkiem buta przedłuża podanie do Raweza Lawana. Były reprezentant szwedzkiej młodzieżówki pakuje piłkę do siatki.

Stadion wpada w szał. Prawie 3 tysiące kibiców, niemal wyłącznie Kurdów, skacze i krzyczy. Wielu wymachuje flagami klubu w czerwono-biało-zielonych barwach Kurdystanu.

Piłkarze pędzą w stronę trybun. Położywszy się na banerach reklamowych, wpadają w objęcia kibiców. Nie tylko Lawan i inni Kurdowie, ale i np. Kebba Ceesay, kupiony przed rokiem Gambijczyk, który kilka lat temu grał w Lechu Poznań.

Na zdjęciach AFP zrobionych po końcowym gwizdku widać, jak fani wpadają na murawę. Obejmują się, śpiewają, kręcą filmy telefonami komórkowymi. Piłkarzy przebrano w złote koszulki z napisem „Ekstraklasa”.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej