I nagroda w konkursie dla młodych reporterów im. Beaty Pawlak

Pochodzimy z małych miast i wsi z głębi Polski. Często na początku czujemy się w Warszawie jak za granicą. Przyjeżdżamy tu po latach odkładania „na studia”. Nasi rodzice odmawiają sobie zamiany starego opla na trochę mniej starego volkswagena. Często wcale o Warszawie nie marzyliśmy, ale przywiodła nas tu świetnie zdana matura, wygrane olimpiady albo jakaś mityczna wizja innego, łatwiejszego świata.

Babcia Ani ze wsi pod Białymstokiem opowiadała jej, jak szła na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy przez zgliszcza popowstaniowej Warszawy. To była jej jedyna wyprawa poza wieś, jedyna wizyta w stolicy. Ania zawsze wiedziała, że i ona musi tam pojechać.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Warszawiacy lubią słoiki. Choć trochę na nich narzekają [ROZMOWA]

Mamo, będę studiowała w Warszawie! Cieszę się, Krysiu. Ale kto za to zapłaci?

Krysia pochodzi z Kamienicy – wsi pod Malborkiem, w której stoi sześć domów. A raczej pięć, bo ten szósty jest barakiem pegeerowskim i to właśnie w nim mieszkała rodzina Krysi. Co środę przyjeżdżała „handlara”, która sprzedawała wszystko prócz pieczywa. Chleb można było kupić dwa razy w tygodniu w innym sklepie na kółkach.

Mama Krysi była dilerką ubezpieczeniową. Tata pracował w oborze. Kiedy PGR upadł, zaczął pić i bić – głównie swoją żonę. Mama wzięła kredyt i kupiła dwupokojowe mieszkanie po drugiej stronie Malborka – we wsi Bruk. Odtąd w rodzinie żartowano: „Mieszkaliśmy w Kamienicy, a teraz trafiliśmy na Bruk”. Krysia uczyła się dobrze, nawet jeśli czasami brakowało na zeszyty i podręczniki. Dostała się na prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

– Mamo, będę studiowała prawo w Warszawie!

– Cieszę się, Krysiu. Ale kto za to zapłaci?

Kilka dni później już nalewała piwo w Krynicy Morskiej na tzw. sezonie. Sezon to nawet 15 godzin pracy dziennie. Nad morzem popyt na browar i frytki jest w dzień i noc. Chciała zarobić jak najwięcej. Nie była zmęczona, jadła tylko w barze, w którym pracowała. Pieniędzy prawie nie wydawała. Poznała tam didżeja z Warszawy. Zasugerował jej wynajęcie pokoju w piwnicy w podwarszawskich Ząbkach: – Właściciel od lat go nie wynajmuje, bo nikt go nie chce.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej