– Dobrze, że był pan dyskretny przez telefon.

– Mamy coś do ukrycia?

– Wie pan – uśmiechnął się sędzia Wojciech Łączewski i wyciągnął dłoń na powitanie – oni później siedzą, słuchają tych naszych rozmów i podniecają się byle czym.

W kawiarni było pustawo. Dopiero otwierali. Ostrzyżony na jeża, lekko szpakowaty i z trzydniowym zarostem. Nawet gdy siedział, widać było, że mierzy najmniej metr dziewięćdziesiąt, a pod koszulą w kratę rysowały się potężne ramiona i bary. Nie wydawał się spięty, choć zanim zaczął mówić, dłuższą chwilę rozglądał się po sali, zatrzymując wzrok to na samotnym facecie przy stoliku opodal, to na wpatrzonej w ekrany komórek parze siedzącej w aucie na parkingu tuż za naszym oknem.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej