Ania ma dziś pięć lat, młodszego brata, dołeczki w policzkach i sterczące z kucyków jasne pasemka. Mama na nią mówi: ty szogunie. A Ania się śmieje.

Aniu, a gdzie twój tata? Nikt jej nie zapyta. Tu każdy się boi, że Ania sobie przypomni i że jej znikną te dołeczki. Są tylko wtedy, kiedy się śmieje.

A może sobie przypomnieć taką scenę: w pokoju na piętrze na kanapie leży mama, nie oddycha. Ania głaszcze ją po włosach i mówi: mamusiu, mamusiu. Tata siedzi przy piecu, patrzy w okno. Wcześniej trzymał mamę mocno za szyję, aż się tu położyła. Ania chce pomóc, więc głaszcze. I chyba pomaga, bo mama w końcu się budzi, mocno zasysając powietrze, łapiąc się za szyję i szeroko otwierając buzię. Tata dalej patrzy w okno.

Albo taką scenę: mama szarpie Anię mocno za rękę, szarpie też brata, zbiega z nimi szybko z pokoju na piętrze, wbiegają do sąsiadki (Ania lubi tę sąsiadkę, bo ma wannę i często ją zaprasza na kąpiele, a potem na czesanie włosów), chowają się pod stół, mama mówi tylko: ciii. Mamie mocno bije serce, Ania słyszy łomotanie. Z włosów mamy kapie kaszka dla brata: wcześniej gotowała ją w garnku, ale tata wylał ją mamie na głowę. Ania nie wie po co.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej