Na pozór w miasteczku Germersheim niczego nie brakuje. Miejscowe wino jest tanie i smaczne, w lokalnych knajpach można za parę euro dobrze zjeść – porcje są duże i pożywne – po ulicach dostojnie przemieszczają się wypucowane auta, a do Francji jedzie się stąd niecałe pół godziny. A jednak w Germersheim coś nie gra! Jak wykazały ostatnie wybory, przez miasteczko przelała się niebiesko-czerwono-biała fala i co czwarty mieszkaniec oddał tu głos na AfD (Alternative für Deutschland – Alternatywa dla Niemiec).

– Przepraszam, czy pani głosowała na AfD? – zagaduję na ulicy.

– Że co?

– Podobno u was aż 25 procent popiera AfD.

– Skąd pani jest? – pyta młoda kobieta.

– To może pan głosował na AfD?

– Ja?!

– Chciałabym się dowiedzieć, co się panu w ich programie podoba.

– Ja tam nic nie wiem.

– Nie głosowałam, ale cieszę się, że w końcu coś się zmieni, bo w Niemczech źle się dzieje. Służba zdrowia kuleje, szkoły marnieją, o urzędach nawet nie wspominając. Schodzimy na psy i trzeba temu zapobiec!

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej