Na pozór w miasteczku Germersheim niczego nie brakuje. Miejscowe wino jest tanie i smaczne, w lokalnych knajpach można za parę euro dobrze zjeść – porcje są duże i pożywne – po ulicach dostojnie przemieszczają się wypucowane auta, a do Francji jedzie się stąd niecałe pół godziny. A jednak w Germersheim coś nie gra! Jak wykazały ostatnie wybory, przez miasteczko przelała się niebiesko-czerwono-biała fala i co czwarty mieszkaniec oddał tu głos na AfD (Alternative für Deutschland – Alternatywa dla Niemiec).

– Przepraszam, czy pani głosowała na AfD? – zagaduję na ulicy.

– Że co?

– Podobno u was aż 25 procent popiera AfD.

– Skąd pani jest? – pyta młoda kobieta.

– To może pan głosował na AfD?

– Ja?!

– Chciałabym się dowiedzieć, co się panu w ich programie podoba.

– Ja tam nic nie wiem.

– Nie głosowałam, ale cieszę się, że w końcu coś się zmieni, bo w Niemczech źle się dzieje. Służba zdrowia kuleje, szkoły marnieją, o urzędach nawet nie wspominając. Schodzimy na psy i trzeba temu zapobiec!

– A pan? – pytam starszego mężczyznę spacerującego z psem.

– Tak, głosowałem. Ale pani nic do tego!

PRZECZYTAJ TAKŻE: Era Angeli Merkel. Jak kanclerz Niemiec wygrywała kolejne wybory do Bundestagu

Głosujesz na AfD? Jesteś napiętnowany

– Dlaczego Niemcy nie chcą rozmawiać o AfD? – pytam Haralda Schäfera i Roberta Schnörra, którzy zgodzili się na spotkanie w centrum Mannheimu.

– My, którzy głosowaliśmy na AfD, jesteśmy napiętnowani. Co więcej – nazywa się nas nazistami – skarżą się.

– Gdyby nie uchodźcy, Angela Merkel byłaby najpotężniejszym politykiem w Niemczech, a ja znów oddałbym na nią głos, tak jak robiłem to przez ostatnich kilkanaście lat.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej