Wrocław. Wrzesień. Czekam w kolejce kilkadziesiąt minut. Widzę nastolatków ubranych w kreszowe dresy, kolorowe kurtki Adidasa z lat 90. i sportowe buty. Mimo że jest chłodno, kilkanaście osób stoi w krótkich spodniach, koszulkach na ramiączkach. Na głowach czapeczki z logo Wixapolu – żółta uśmiechnięta buźka. Legitymacje szkolne sprawdzane są może u co dziesiątej osoby.

Wchodzę.

Piguła za 30 zł, narkotyki na imprezie można dostać bez trudu

Surowe betonowe ściany, ostre światła, sztuczny dym, kilka starych skórzanych kanap i bar, w którym nikt nic nie kupuje. Muzyka to podkręcone ostrym bitem przeboje pop z lat 80. albo agresywne techno. Gdy pójdę na podobną imprezę w Warszawie, będę miała déjà vu, bo niczym się nie różnią. Znów ostre światło, dym, ta sama muzyka, tylko jeszcze młodsi tańczący.

Już przed północą we Wrocławiu pierwsza dziewczyna traci przytomność na parkiecie. Ma około 17 lat.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej