Poproszę o receptę na szczęście.

(Śmiech) Nie dam się wpuścić w ton poradnikowy! Odkąd słowo „hygge” stało się modne, media prześcigają się w zaklęciach, jak to duńskie szczęście osiągnąć: „Ciesz się tym, co masz”, „ciesz się małymi rzeczami”, „żyj z dnia na dzień”, „nie oczekuj zbyt wiele”. W dorocznym „Raporcie szczęścia” przygotowywanym przez naukowców z kanadyjskiego Uniwersytetu Columbia Duńczycy w 2016 roku po raz kolejny uznani zostali za najszczęśliwszy naród świata. Ale nie ma przecież prostej recepty.

Przez trzy lata próbowała pani jednak uchwycić na fotografii to duńskie szczęście. Choć przyjaciele ostrzegali przed wyjazdem do Danii.

– Wcześniej studiowałam w Londynie. Znajomi dziwili się: „Włoszka do Danii szukać szczęścia?”. Mówili: „Tam nie ma słońca, jest zimno i pada, a ludzie są chłodni i zamknięci w sobie. Nikogo nie poznasz!”. Moje doświadczenie było odwrotne. W styczniu 2014 wylądowałam na pokrytym śniegiem lotnisku w Billund. Moja pierwsza obserwacja: chyba wszyscy Duńczycy mieszkają za wysokimi płotami chroniącymi ich prywatność. Pomyślałam więc, że rzeczywiście nikogo nie poznam. Ale kolega fotograf skontaktował mnie z pewną znajomą rodziną. Wytłumaczyłam, że chciałabym fotografować codzienne życie mieszkańców, i bardzo ciepło mnie przyjęli. Niemal od razu obdarzyli zaufaniem, zaprosili do domu, pozwolili fotografować dwuletnią córkę. Spędziliśmy razem całe popołudnie. Następnego dnia ojciec rodziny zadzwonił i oznajmił, że wyjeżdżają na kilka dni do domku letniskowego. Spytał, czy chcę z nimi jechać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej