Wiadomość, że z listy obowiązkowych lektur szkolnych zniknęły, pośród mnogości innych, także książki Bułhakowa, Schulza, Iwaszkiewicza czy wreszcie Josepha Conrada, zaś włożono tam średniowieczne „Rozmowę Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” oraz „Legendę o świętym Aleksym”, a także poezje z jednej strony Wojciecha Wencla, a z drugiej Marcina Świetlickiego (co zdaje mi się zestawieniem arcyzabawnym), nie zdziwiła mnie nijak, nie wstrząsnęła mną, nie oburzyła nawet, ponieważ byłem na to gotowy od dawna. Władza obecna w swym wielkim dziele lepienia z narodowej gliny nowego człowieka polskiego, na podobieństwo znanego procesu tworzenia nowego człowieka radzieckiego, zachowuje się wybitnie konsekwentnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Gdzie diabeł mówi dzień dobry. Pół wieku z "Mistrzem i Małgorzatą"

Przez jęk oburzenia przebiły się szybko radosne głosy nadziei, że skoro Bułhakow, Schulz czy Conrad wylecieli z listy lektur, to w sposób naturalny będą czytani z zawziętością, jako że młodzież wiedziona swą odwieczną przekorą nie czyta lektur szkolnych, ale dokładnie te rzeczy, które lekturami nie są. Otóż spodziewam się, że im bardziej młodzież szkolna nie będzie czytała „Rozmowy Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” oraz poezji smoleńskich Wencla, tym bardziej nie będzie czytała Conrada. Wizja młodzieży z pogardą prychającej na średniowieczne arcydzieła, ale za to z zajadłością pożerającej opowiadania Iwaszkiewicza i Schulza, zdaje mi się nadmiarowo optymistyczna. O ile przy czytaniu wyciętego właśnie „Jądra ciemności” pewien przymus szkolny się przydawał, to obecnie nie widzę większych szans, by młódź rzuciła się na twórczość tego wielkiego angielskiego pisarza, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Józef Konrad Korzeniowski i pochodził on z Berdyczowa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej