Nos Agaty jest sprawniejszy niż nos Maćka. – Gnijące banany wyczuję z daleka – mówi Agata. Poznali się kilka lat temu. Maciek pracuje w Greenpeace, Agata studiuje socjologię. Spotykamy się w domu Maćka na obrzeżach Krakowa, w którym pachnie umytymi podłogami. Siadamy przy stole i jemy kolację – ziemniaki w mundurkach polane masłem oraz sałatę ze śmietaną.

– Tylko śmietanę kupiłam – chwali się Agata. – Jemy ze śmietników przy supermarketach. Zapisujemy w zeszycie wartość przywiezionych rzeczy. To od 300 do 500 złotych tygodniowo. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego przejeść, dlatego rozdajemy rodzinie i znajomym. Oczywiście, że wiedzą, że to śmieci. Nawet składają zamówienia: „Gdybyście znaleźli zupki z Biedronki, to przywieźcie z dziesięć”.

– Nie grzebiemy z powodów ekonomicznych – zaznacza Maciek. – Od 13 lat mam etat, stać mnie na kredyt mieszkaniowy, samochód, wakacje. Tak zwyczajnie żal mi jedzenia.

– Nie tylko jedzenia. Ostatnio przywieźliśmy litrowy płyn do prania. Maciek znalazł rozprute adidasy za ponad 200 złotych. Zapłacił szewcowi 30 złotych za zszycie i teraz w nich chodzi. Kosmetyki też mam z odzysku. Śmieciowe balsamy i pilingi do ciała, żele pod prysznic, odżywki i spraye do włosów, cienie pod oczy.

– Zauważyliśmy, że od wprowadzenia 500 plus jest mnóstwo mebli na śmietnikach. Jutro pojedziemy po fotele, które upatrzyła sobie Agata.

Jeżdżą na zakupy samochodem, zazwyczaj w piątki, po godzinie 23.00.

Marnujemy 1 miliard ton jedzenia rocznie. Czy winny jest temu czas przydatności do spożycia?

Freeganizm

Według Agaty i Maćka to zbieranie niechcianego jedzenia nie tylko ze śmietników, ale i z restauracji. Zaczęli Amerykanie, później Europejczycy. W Barcelonie powstał specjalny przewodnik po mieście dla freegan. To walka z nadmiarem, w którą włączają się nawet bogaci.

Podróżnik, fotograf i pisarz Łukasz Supergan pisze: „Z początku traktowałem ten styl życia raczej jako ciekawostkę. Minęło jednak trochę czasu i sam znalazłem się w okolicznościach, które pchnęły mnie do spróbowania tego sposobu zdobywania jedzenia. Było to, o dziwo, nie w bogatym kraju, ale rok temu w Kirgistanie, gdy opóźniający się przelew od redakcji zostawił mnie z perspektywą przeżycia kolejnego tygodnia za 15 groszy. Udałem się więc na największy bazar w Biszkeku w porze, gdy był już zamykany, i ku swojej radości znalazłem masę niesprzedanych przez handlarzy owoców i warzyw. Nawet w stosunkowo biednym kraju jedzenie bywa marnowane. Od tamtej pory zdarzało mi się okazjonalnie praktykować taki sposób jedzenia. Teraz jednak przestał on być wyjątkiem, a stał się regułą” – napisał na swoim blogu.

Freeganie: ratujemy to jedzenie, inaczej by się zmarnowało

Szczury

Jest godzina 23. Na ulicach pusto. W sklepach jarzy się blade światło. Jak mówią Agata z Maćkiem, jedziemy na łowy.

Ubrania muszą być ciemne, nierzucające się w oczy.

Na głowie latarka czołówka, żeby obie ręce były wolne.

Rękawice robocze powinny mieć utwardzone palce, by nie przemokły, kiedy dotkną zgniłych pomidorów.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej