Nos Agaty jest sprawniejszy niż nos Maćka. – Gnijące banany wyczuję z daleka – mówi Agata. Poznali się kilka lat temu. Maciek pracuje w Greenpeace, Agata studiuje socjologię. Spotykamy się w domu Maćka na obrzeżach Krakowa, w którym pachnie umytymi podłogami. Siadamy przy stole i jemy kolację – ziemniaki w mundurkach polane masłem oraz sałatę ze śmietaną.

– Tylko śmietanę kupiłam – chwali się Agata. – Jemy ze śmietników przy supermarketach. Zapisujemy w zeszycie wartość przywiezionych rzeczy. To od 300 do 500 złotych tygodniowo. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego przejeść, dlatego rozdajemy rodzinie i znajomym. Oczywiście, że wiedzą, że to śmieci. Nawet składają zamówienia: „Gdybyście znaleźli zupki z Biedronki, to przywieźcie z dziesięć”.

– Nie grzebiemy z powodów ekonomicznych – zaznacza Maciek. – Od 13 lat mam etat, stać mnie na kredyt mieszkaniowy, samochód, wakacje. Tak zwyczajnie żal mi jedzenia.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej