Dlaczego fotografuje pan zwłoki?

– Zdarza mi się to sporadycznie. Absolutnie nie zależy mi, by się nad nimi pastwić, jestem strażakiem i przede wszystkim, tak jak inni ratownicy, skupiam się na pomaganiu. Tego typu kadry mają pokazać charakter naszej pracy, w której zwłoki ludzkie nie są czymś niezwykłym.

Nie zajmujemy się wyłącznie ściąganiem kotów z drzew, gaszeniem pożarów czy wypompowywaniem wody z zalanych pomieszczeń. Mamy na co dzień styczność z cierpieniem, śmiercią, ludzkimi dramatami, a do tego często pracujemy w niezwykle trudnych warunkach.

Nie zdecydowaliśmy się na publikację tych zdjęć w „Dużym Formacie”, nie chcieliśmy szokować.

– Rozumiem. Staram się robić zdjęcia tak, by nikogo nie dotknąć, szczególnie bliskich. Ciała nie są do końca widoczne, żeby nie można było rozpoznać osób.

Te fotografie często wykorzystuje się do rozmaitych analiz. Bywa, że prokurator nie jest w stanie dotrzeć do niektórych miejsc, bo leżą w strefie dużego zagrożenia, wtedy zdjęcia stają się niezbędne. Tak było kilka miesięcy temu, gdy w kwietniu w Świebodzicach zawaliła się kamienica.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej