Za główny polski kłopot uważam zbytnią spójność środowisk, w których się obracamy. Mało jest grup – towarzyskich czy zawodowych – które byłyby skłonne tolerować w swoich szeregach ludzi o odmiennych poglądach. Odmiennych nie trochę, ale całkowicie. Sam bardzo dobrze czułbym się w otoczeniu przemieszanym ideowo i gdybym mógł zbudować świat idealny, to w każdej grupie zainstalowałbym obowiązkowo jakiegoś odmieńca. W „Do Rzeczy” powinien pracować chociaż jeden dziennikarz o poglądach koderskich, a w „Wyborczej” chociaż jeden Semka czy Zaremba. Oczywiście wiem, że w obecnej sytuacji jest to marzenie ściętej głowy.

Zrobiono wiele badań pokazujących, że grupy zbyt jednorodne są mniej innowacyjne i radzą sobie gorzej z rozwiązywaniem problemów, dotyczy to i biznesu, i polityki. Jeden z eksperymentów psychologicznych pokazał, że połączenie w zespół dziesięciu osób o identycznych liberalnych poglądach – ludzi na co dzień otwartych i tolerancyjnych – przekształca ich w nienawistną sektę pełną najdurniejszych uprzedzeń wobec innych grup. Tak więc dla higieny psychicznej w każdym środowisku powinien być odmieniec, który ma prawo odmieńcem być i na zebraniach swoje cudaczne poglądy głosić.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej