29 maja na łamach „Dużego Formatu” ukazał się wstrząsający w swojej wymowie reportaż Ewy Kalety „Przytulam panią wirtualnie. Co wolno podczas psychoterapii?” [któremu towarzyszyły dwa komentarze - dr. Tomasza Witkowskiego i prof. Bogdana de Barbaro – red.]. Pokazał on ogrom niepotrzebnego cierpienia i zmarnowanych lat życia, które stały się udziałem dwóch pacjentek psychoterapeutycznych. We mnie reportaż obudził przede wszystkim współczucie dla tych osób, a następnie żal i wstyd, że przedstawiciele mojego zawodu dopuszczają się tak haniebnych czynów. Wynikiem tej mieszanki uczuć stało się dojmujące poczucie bezsilności wynikające z przekonania, że przedstawione w reportażu ofiary nie doczekają się jakiegokolwiek zadośćuczynienia, zaś opisywani psychoterapeuci pozostaną bezkarni i dalej będą w podobny sposób praktykować.

Historia tego reportażu nie skończyła się jednak po jego opublikowaniu. Dwa tygodnie później na łamach „Dużego Formatu” ukazał się list Naukowego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej komentujący reportaż Ewy Kalety, który zatytułowano „To nie była psychoterapia”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem tak ogromny niesmak jak podczas lektury wspomnianego listu. Powodów było kilka. Przede wszystkim jego autorzy ani słowem nie wspomnieli o cierpieniu opisywanych tam osób – żywych i czujących ludzi, którzy do dzisiaj nie są w stanie po swoich przejściach uporządkować własnego życia. Nie padło, tak ludzkie w podobnych sytuacjach, stwierdzenie „przykro nam” lub „współczujemy” czy „ubolewamy nad tym, co się wydarzyło”. Autorzy listu, jeśli nawet są pozbawieni podstawowej zdolności empatii w stosunku do cierpiących ludzi, nie zadali sobie nawet trudu, aby dopełnić konwenansu i zachować podstawowe zasady grzeczności w stosunku do opisanych w reportażu ofiar.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej