W istocie trzeba być człowiekiem niezwykłej skromności i odwagi zarazem, by swojej książce dać podtytuł „Mój bunt przeciw hipokryzji Kościoła”. Jak ktoś swój bunt reklamuje, to mnie nachodzą porównania z tymi, którzy sami siebie nazywają niepokornymi i niezłomnymi – czas i realia pokazują, kto w istocie niepokorny, niezłomny i zbuntowany.

Taki właśnie podtytuł do dzieła „Kamień węgielny” dał ksiądz Krzysztof Charamsa, najsłynniejszy z tych, którzy Kościół porzucili. W tym przypadku było to związane nie tyle z teologicznymi wątpliwościami, ile z tym, że Charamsa ujawnił się jako homoseksualista głęboko zatroskany, że Watykan – gdzie od lat robił prześwietną karierę – jego homoseksualizmu nie zaaprobował. Daje nam teraz Charamsa opowieść, w której dokonuje fundamentalnego potępienia kościelnej obłudy i opresji, rzuca oskarżenia na hierarchię, słuszne, ma się rozumieć, ale moje refleksje po tej lekturze są następujące: jakie słowo jest mocniejsze niż „narcyzm” i jaka jest gradacja egzaltacji? Cóż jest wyżej niż pycha i czy są granice umiłowania siebie samego?

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej