Wiedzą w gospodzie i czekają na zabicie kury, którą będą jeść. Czekają w Puerto Obaldía w Panamie. Joachim, lat 18, uczeń budowlanej szkoły zawodowej – zwolniony ze szkoły na trzy miesiące podróży – i jego ojciec Robert, lat 40, kiedyś cukiernik. Widzą, że na podwórku biały chłopak na wózku inwalidzkim pokazuje dzieciom sztuczki karciane. Potem zsuwa się z wózka i rysuje im coś patykiem na piasku. Przy kurze opowiada, że jest Hiszpanem, jego rodzice zginęli w wypadku, on przeżył, ale nie może chodzić. Nie płacił czynszu, nie zarabiał, więc właściciel mieszkania wyrzucił go na ulicę. Przygarnęła go rodzina, a kiedy skończył 16 lat, wypłacił swoje pieniądze z ubezpieczenia i rozpoczął wędrówkę. Żyje z pokazywania sztuczek, a w kafejkach internetowych uczy się angielskiego.

Zostawiają chłopaka, ale wieczorem spotykają go znów i wtedy ten niespodziewanie mówi: – Joachim, recuerdas – nunca te rindes! Pamiętaj, Joachimie, nigdy się nie poddawaj.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej