Celowo nie opisujesz zdjęć, publikując je w gazecie, albumie czy na wystawie. Ale czy dowiedziałeś się, kto i po co wybudował pochyłe boisko, na którym nie da się grać? Albo kawałek drogi na pustkowiu?

– Wolę, żeby odbiorcy sami opisali te zdjęcia, używając swojej wyobraźni. W ten sposób publiczność staje się współautorem. Partnerem. Zdjęcia z projektu „Układ prowizoryczny” są proste, bo nie jest trudno zrozumieć, co na nich widzimy. Jednocześnie jednak w każdym jest jakaś zagadka. Wiem, że ludzie są ciekawi, ale gdybym zaspokoił tę ciekawość i wszystko dopowiedział, coś bym zepsuł.

Każde zdjęcie pochodzi z innego miejsca i przedstawia inną historię. Ale gdy układałem je w album, po dwa na stronie, starałem się dobierać je tak, by było między nimi jakieś napięcie. Przykład: stara kobieta malująca krawężnik oraz pokój, w którym, jak przypuszczamy, doszło do morderstwa. Każdy odbiorca może połączyć te zdjęcia, układając swoją historię. To trochę jak praca nad filmem. Mnie to fascynuje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej