Kondycję polskiej psychoterapii komentują:
Psycholog Tomasz Witkowski: Odpowiedzialność zawodowa terapeuty? Żadna; Prof. Bogdan de Barbaro: W zawodzie psychoterapeuty nie ma kodeksu, nie ma ustawy

SPRAWA SYLWII

Cztery i pół tysiąca maili

Nie umiała budować przyjaźni, nie radziła sobie z kolegami. Mając 11 lat, chodziła do biblioteki czytać podręczniki do psychiatrii, żeby siebie zrozumieć. Potem studiowała psychologię kliniczną. W końcu zdiagnozowano u niej zaburzenia osobowości typu borderline (m.in. chwiejność emocjonalna, lęk przed odrzuceniem, autoagresja).

Sylwia: – Jest rok 2010, nie mogę spać, mam koszmary, trafiam na terapię grupową w Stowarzyszeniu Psychologów Chrześcijańskich na Bednarskiej w Warszawie. Mam 27 lat. Kwalifikacja do grupy polega na pytaniu o plany życiowe, nikt mnie nie diagnozuje. Na grupie od razu mam zjazd: rani mnie każde słowo, jestem jak bez skóry. Ale Marek, mój terapeuta, powtarza, że jeśli czuję się gorzej, znaczy, że terapia działa. Tnę się, po sesjach kilka dni nie wstaję z łóżka. On nie reaguje. Aż gdy w złości pluję podczas sesji na podłogę, każe mi wyjść i nie wracać. Ale potem przyznaje, że grupa nie była dla mnie dobra. Proponuje, że za 100 złotych mogę chodzić na sesje indywidualne. Sesje są czasem raz w tygodniu po 50 minut, czasem codziennie po kilkanaście.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej