Do Leśnicy można wjechać od strony Nowego Targu albo Bukowiny. Z którejkolwiek strony się pojedzie, to z daleka widać dom bacy Kazka Furczonia.

– Zapraszam do suteren.

Zalał wrzątkiem kawę, wyłożył na stół placki, co zostały z niedzieli.

– Mówiło się: „Kto ma owce, ten ma, co chce”. Za pół tony wełny można było kupić dobre auto, za tonę wybudować chałupę, za dwie pensjonat.

– Dlaczego teraz wełna się nie sprzedaje?

– Sztuczne szmaty temu winne. A jak już wdziejemy wełnę, to z owiec nowozelandzkich. Nasze górskie mają twardą wełnę. Ale robiło się z niej dywany, kożuchy, koce, zimowe swetry, nawet kremy. 30 lat temu było 5 milionów sztuk, teraz może 200 tysięcy.

Słońce zajrzało do suteren. Musiało i zajrzeć do owczarni, bo rozległo się beczenie. Baca mówi, że owce chcą iść na halę, nie są głupie, słyszą, że po zimie puściły trawy i potoki.

43 lata jest przy owcach. Ojciec z matką mieli tego trochę. Mieli i gospodę w Groniu, z dawien dawna mówiło się „U Pisarza”. Pisarzem nazywali pradziadka bacy Władysława Kobylarczyka. Jedyny we wsi potrafił pisać. Chłopi dyktowali mu listy, skargi, testamenty, a on brał pióro do ręki i pisał, co chcieli. Sam się nauczył. Z tej rodziny wywodzi się jeszcze profesor z Krakowa.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej