Po południu zaczaiłem się na pierwszych dziesięć osób, które wchodziły do księgarni z literaturą faktu. Mieli – na moje oko – od 20 do 40 lat. Byli zaskoczeni, bo pytałem, czy znają nazwisko Kapuściński. Znali wszyscy. Ale zaraz spytałem, czy znają nazwisko Giełżyński. – Kto? – upewniali się.

– Giełżyński, Wojciech. Jeździł niemal w te same miejsca co Kapuściński i napisał o wiele więcej książek niż Kapuściński. Wydał ich prawie 70!

Obaj byli reporterami i kolegami. Już w młodości zaczęli wieść spór, co jest w reportażu ważniejsze: faktografia (W.G.) czy stany duszy (R.K.).

Może próba przy drzwiach była zbyt mała i gdybym spytał 20 osób, dwie Giełżyńskiego by kojarzyły? Niestety, z tej dziesiątki nie kojarzył nikt...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.