Pytasz, czy ludzie umierają tu na ulicy, tak jak w Indiach. Żyją w garażach i niedokończonych domach, w namiotach, przyziemiach i piwnicach. Bez większych nadziei, ale żyją.

Tak jak rodzina Hassana Abdel Koka, która zamieszkała dwa la temu nad samą granicą, po libańskiej stronie, kilka kilometrów od zaminowanej przez żołnierzy syryjskich rzeki. Z widokiem na kraj, do którego być może już nigdy nie wrócą. Jest coś zabawnego w zardzewiałej antenie satelitarnej, umocowanej na starych beczkach po ropie, ale i rozdzierającego. Bo żyją wbrew. On pracuje na kurzej fermie, ona zajmuje się domostwem, dzieci rosną, kiełkują zioła w puszkach po oliwie. W wilgoci, w pokojach bez okien, na betonowej wylewce ledwo co zasłanej plastikową matą, próbują prowadzić normalne życie, choćby wyglądało tak krzywo jak antena na beczkach...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej