To już jest koniec. Bardziej na południe nie ma już Hiszpanii, nie ma Europy. Jest za to jedno z dwóch miejsc na ziemi, gdzie Unia Europejska styka się z Afryką. Żeby się tu dostać, trzeba wsiąść na prom i płynąć sześć godzin. Podróżny, którzy zdecyduje się na tę wyprawę, będzie jadł w samotności kanapki, w samotności patrzył na morze przez brudną szybę. Prom, wielki jak wieloryb, będzie pewnie prawie pusty.

– Melilla – obwieści wreszcie przez głośniki zmęczony kobiecy głos.

Podróżny stanie wtedy przed wyborem. Będzie mógł spojrzeć na miasto, zasłaniając jedno oko. Zobaczy wtedy spokojną placówkę urzędników i wojskowych, fikuśne kamienice projektowane przez ucznia Gaudiego, żaglówki i plażę.

Może też zasłonić dla odmiany drugie: wtedy ostrości nabiorą zamieszkane tylko przez muzułmanów dzielnice z ulicami tak wąskimi, że nie może w nie wjechać karetka, gigantyczne bezrobocie, handel narkotykami i ludźmi.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej