Na poddasze dojeżdża winda. Klucz do niej mają tylko książę i jego sekretarka. Inni muszą wysiąść na szóstym piętrze i wejść schodami. Aby niepożądany gość nie miał wątpliwości, schody są zagrodzone, a kartka głosi, że wstęp jest wzbroniony.

Poddasze na siódmym piętrze to inny świat. Prowadzą do niego masywne dębowe drzwi, które ocalały ze zrujnowanego pałacu w Kruszynie koło Częstochowy. Przejście przez nie to jak podróż w przeszłość – do dawnej posiadłości książęcej. Na ścianach portrety hetmanów, marszałków, wojewodów. Kominek z mieczem i pistoletem sprzed stuleci.

Książę Jan Lubomirski-Lanckoroński jest też jak wyjęty z innej epoki. 39 lat, prawie dwa metry wzrostu, starannie przycięta bródka oraz garnitur od najlepszego krawca z kolorową poszetką – prostokątną chusteczką w kieszonce. Erudyta o nienagannych manierach. Zaprasza na sofę i częstuje herbatą w srebrnej zastawie. O teraźniejszości przypomina jedynie panorama Warszawy za wielkim oknem. Z kamienicy na wiślanej skarpie rozciąga się widok na Starówkę i nowe apartamentowce na Powiślu. Książę kupił kamienicę, wyremontował i wynajął na biura. Na poddaszu urządził sobie gabinet.

Jan Lubomirski-Lanckoroński inwestuje w nieruchomości. W 2008 roku założył firmę Landeskrone, która działa w pięciu największych miastach Polski. Remontuje kamienice, buduje biurowce i apartamentowce. Jego inwestycje i projekty już można oszacować na ponad 100 mln zł. Czy uda się mu powrót do potęgi i znaczenia, jakie mieli przodkowie?

– Ma pan aspiracje, aby stać się magnatem biznesmenem jak pana przodkowie? – pytam.

– Trudno nawet marzyć. To inne czasy i możliwości – książę uśmiecha się skromnie.

Pałac Kijka i Pupusia

Książę procesuje się o zwrot gruntów przed Sejmem w Warszawie. Dziś to trawnik i połowa parkingu sejmowego u zbiegu ulic Wiejskiej i Matejki.

– To była duża działka, na której stał dom mojego dziadka Stefana i jego brata Eugeniusza. Pomieszkiwali w nim, gdy przyjeżdżali do stolicy – opowiada książę. – Na dziadka mówiono „Kijek”, bo był chudy. Na wuja Eugeniusza „Pupuś”. Nie wiem dlaczego, bo miał potężną posturę. Został wojskowym – adiutantem generała Władysława Andersa.

Podczas powstania warszawskiego pałac przed Sejmem został zburzony. W 1945 roku grunty po nim zabrali komuniści – prezydent Bolesław Bierut wydał dekret o nacjonalizacji wszystkich prywatnych działek w stolicy. Pod koniec lat 90. rodzina zgłosiła roszczenia do gruntów po pałacu. A w 2009 roku władze Warszawy zgodziły się oddać trawnik i połowę sejmowego parkingu. Ale Kancelaria Sejmu zaskarżyła tę decyzję i książę otrzymał tylko trawnik.

Kancelaria broni parkingu, bo zaplanowała, że postawi tam nowy budynek dla parlamentarzystów – przeznaczony na obrady komisji. Za blisko 100 mln zł. Wprawdzie budynek zajmie drugą połowę parkingu, ale zahaczy o tę część, na której stał pałac Lubomirskich.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej