Robiła pani w życiu coś poza polityką?

– Tak. Byłam sportowcem, uczyłam pływania na desce, dawałam korepetycje z matematyki, sprzedawałam kosmetyki. Gdańską radną zostałam na trzecim roku studiów na Uniwersytecie Gdańskim.

22-latka miała coś do zaproponowania radzie miasta?

– Świeże spojrzenie. I szybkie reagowanie na problemy mieszkańców. To był rok 2002 – początki masowego dostępu do internetu. Częściej z niego korzystałam niż moi starsi koledzy i koleżanki. Dzięki temu byłam w stałym kontakcie z wyborcami. Nie było wtedy jeszcze mediów społecznościowych, ale ludzie pisali mnóstwo maili o problemach, z którymi się borykali.

Żeby zostać radną, chodziła pani od drzwi do drzwi i namawiała do głosowania...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.