Zieliński jest głównym ekonomistą w dużym banku, zarabia miesięcznie 80 tys. zł. Od tej kwoty płaci dokładnie 20,4 proc. podatku.

Malinowska jest sprzątaczką w tym samym budynku, zarabia miesięcznie 2 tys. zł, czyli pensję minimalną. Od tej kwoty płaci dokładnie 27 proc. podatku.

Dlaczego jako społeczeństwo zgadzamy się na ten skandal? Dlaczego wisi nam, że od lat mamy system podatkowy, w którym biedni płacą dużo wyższe stawki niż bogaci? Dlaczego kolejne rządy nic z tym nie robią?

PiS wygrał wybory w dużej mierze dzięki obietnicom socjalnym. Teraz za spełnienie tych obietnic muszą płacić podatnicy - ci, którym PiS coś dał, i wszyscy inni

Liniowy PIT dla samozatrudnionych to hańba naszego systemu podatkowego. Korzysta z niego około pół miliona najzamożniejszych Polaków. Średnia ich zarobków – jak wynika z danych urzędów skarbowych – wynosi 200 tys. zł rocznie (17 tys. miesięcznie). Podkreślam – średnia. W tej grupie jest też Zieliński z rocznym dochodem w wysokości 960 tys. Policzmy raz jeszcze. Podatki Zielińskiego to liniowe 19 proc. oraz ryczałt na ZUS (1100 zł), który wynosi 1,4 proc. jego zarobków. W sumie więc płaci 20,4 proc. Tymczasem sama składka emerytalna Malinowskiej to prawie 10 proc. jej lichej pensji. Do tego Malinowska płaci chorobowe, rentowe, składkę zdrowotną i zaliczkę na podatek. Z pensji w wysokości 2 tys. zł brutto dostaje na rękę 1459 zł. Jej daniny na rzecz państwa wynoszą w sumie 27 proc.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej