Pewnego szarego dnia, jakoś w połowie października, w porze śniadania, na środek placu wychodzi umięśniony gość w czarnych glanach i białych podkolanówkach naciągniętych na czarne spodnie i woła:

– Kocham was, jestem Jezus. Pytam: dlaczego nic nie robimy? Siedzimy i pijemy kawę, gdy oni kładą rurę. Obóz został zinfiltrowany przez federalnych. Najwyższy czas powstać do broni!

Wyłączają mu mikrofon, pokrzykuje dalej bez wzmocnienia, aż podchodzi wysoki Indianin, obejmuje go ramieniem i odprowadza na bok.

Zasady protestu są jasne, wypisane na drewnianej tablicy przy kuchni polowej i przećwiczone na codziennych szkoleniach: stosujemy tylko metody pokojowe.

...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.