Plamka pojawia się znienacka. „Coś jest nie tak”, myśli 40-letnia pielęgniarka na porodówce w Amersfoorcie w Holandii, kiedy widzi ją na plecach swojej nowo narodzonej córeczki. Nie powinno jej tam być.

Jest rok 1993, malutka dziewczynka o imieniu Eva ma brązowe oczy, ciemne włosy i jest zupełnie niepodobna do starszej siostry Nynke. Głównie ze względu na kolor skóry: ciemniejszy niż u pozostałych członków rodziny. Po porodzie kobieta zauważa w dolnej części pleców dziecka plamkę. Zna dobrze jej nazwę, to znamię mongolskie. Nic strasznego, ot, nagromadzenie w skórze komórek barwnikowych, które znika w dzieciństwie. Widziała je dziesiątki razy w pracy, bo w tak multikulturowym kraju jak Holandia wiele dzieci ma podobne plamki. W Azji i Afryce znamię ma prawie każdy noworodek, mają je Metysi, Indianie czy Indonezyjczycy...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.