Jest w Anglii klasztor, w którym religię zastąpiła wspólnota idei. Komuna, w której może zamieszkać każdy, kto zostanie zaakceptowany i ma pieniądze, by kupić w niej udział – przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy funtów.

Każdy z rezydentów powinien przepracować 15 godzin tygodniowo na rzecz wspólnoty, ale nikt nie zmusza, nie kontroluje, nie przydziela zadań. Wybiera się taką pracę, jaką się lubi, i jedynie oświadcza, że się ją wykonało. A możliwości wyboru są duże: prace w polu, w ogrodzie, przy zwierzętach, różne naprawy czy gotowanie dla całej komuny.

Każdy też musi być miły dla innego mieszkańca. Jeśli nie jest – powinien się wynieść.

Życie we Friedrichshofie - największej komunie w Europie. Tylko kobiety miały łóżka. Mężczyźni musieli każdej nocy znaleźć kobietę, która ich przyjmie

Właścicielem posiadłości po bractwie franciszkanów jest ponad 50-osobowa grupa, głównie Anglików. Do klasztoru przynależy 20 hektarów ziemi. To najstarsza nieprzerwanie istniejąca komuna w Anglii, która funkcjonuje od 42 lat. Założyciele zdecydowali się na wybór konsensusu zamiast idei demokratycznego głosowania. Podejmowanie decyzji jest przez to pracochłonne, bo wszyscy muszą się zgodzić na wprowadzaną zmianę, np. kupno nowych maszyn na farmę lub chociaż przyjazd fotografa. Przy braku konsensusu decyzje mogą zapadać miesiącami, dlatego umiejętność skutecznego lobbowania przed głosowaniem jest bardzo potrzebna. Jeśli ktoś się sprzeciwia, musi podać racjonalny powód swojej wątpliwości. Decyzja zapada lub jest odrzucana jednogłośnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej