Pomylili się – mówi nad ogniem mama Touna. Rozwalali swoje kurne chaty, brali stare ściany na plecy, szli ścieżką do osady obok, zwykle to dwie godziny marszu, z ciężkim ładunkiem trzy razy dłużej, skrajem dżungli, w skwarze, w porze deszczu nikt by się nie ważył na takie wychodźstwo, tam dochodzi droga, dojeżdża ciężarówka, spoceni rzucali deski na pakę, jakieś stołki, tobołki, żywe kurczaki, kaczki, worki ryżu, fasoli. Tak ruszali po lepsze życie, ojcowie, matki, dzieciarnia,...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.