Jest rok 1985, ma pan 42 lata, występuje w Trójmieście z zespołem kabaretu „60 minut na godzinę”. Dzwoni telefon.

– Mieszkaliśmy w sopockim Grandzie. Jestem w pokoju przed śniadaniem. W telefonie słyszę: „Będzie rozmawiał pan dyrektor H?bner”. „Pan wie, w jakiej sprawie dzwonię?”. „Nie, nie wiem”. H?bner poprosił, żebym wpadł do niego, do Teatru Powszechnego, za tydzień, gdy wrócę do Warszawy. Rozmowa się skończyła. Schodzę na śniadanie. Przy stoliku siedzi Andrzej Zaorski. Wskazuję na kolegów z „Sześćdziesiątki” i pytam: „Który z nich to zrobił?”. Myślałem, że ten telefon to był żart. A Zaorek na to: „Nie, to byłby za gruby numer”.

W Powszechnym H?bner powiedział:...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.