Co by było, gdyby 2 stycznia 1996 roku się nie wydarzył?

Terri Been, 46-letnia nauczycielka fizyki z San Antonio w Teksasie, przy kości, z jasnymi włosami niedbale związanymi w mysi ogon, w wytartych dżinsach i wyciągniętym T-shircie, wzdycha na wspomnienie sprzed 21 lat.

– Myślę o tym bez przerwy! – kiwa głową. – Gdyby nie ten przeklęty dzień, mieszkalibyśmy całą rodziną na wielkim ranczu w dziczy. Polowania, biwaki i sporty drużynowe. Wszystko byłoby proste. Jak w dzieciństwie.

Było ich ośmioro. Ona i siedmiu braci. Dwóch rodzonych, trzech przyrodnich i dwóch przybranych, których przyprowadzili nowi partnerzy rodziców. Żyli blisko siebie, jak jedno plemię.

Terri miała trzy lata, gdy pierwszy raz wzięła do ręki broń. Pięć, gdy zastrzeliła jelenia. („Jaka słodka blondyneczka, zachwycały się znajome matki). Co niedzielę czytała Biblię i wierzyła, że Bóg jest surowy, lecz sprawiedliwy, a świat poukładany: za dobry uczynek należy się nagroda, za zły – sroga kara.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej