Na Romana i Tobiasza sąsiedzi wołali diabły. Bo nikogo się nie bali. Dorastali w Łabędach, dzielnicy Gliwic słynnej z produkcji czołgów. Żyli muzyką, kradzieżami. Jeździli do Jarocina i na Woodstocki. Bili się ze skinami. Roman używał łańcuchów, siekier. Wódkę zaczęli pić już w wieku 12 lat.

Roman szybko wpadł w ciągi trzytygodniowe. A po odstawieniu alkoholu miał drgawki i zlewne poty. Brał marihuanę, LSD, grzyby halucynogenne, amfetaminę. Popijał ecstasy alkoholem. Bez amfet aminy wytrwał najdłużej cztery dni. Ale zawsze podkreślał, że nie czuje się uzależniony od narkotyków czy alkoholu. Syn laborantki chemicznej, jego siostra skończyła studia detektywistyczne. Babcia dawała mu pieniądze na kursy komputerowe i lekcje angielskiego. Przepisała na niego połowę domu. Roman nie musiał kraść. Robił to dla adrenaliny.

Tobiasz jest od niego o sześć lat młodszy. Poznali się na osiedlu. Tobiasz nieźle się uczył, trenował hokej na trawie. Ojciec, spawacz, pracował za granicą, przesyłał pieniądze, ale Tobiasz chciał mieć więcej. Na płyty, koncerty. Najpierw roznosił ulotki, układał kostkę brukową. Jednak zrozumiał, że to nie dla niego. Powiedział do Romana: „Człowiek się natyra i wiele z tego nie ma. Chciałbym dorobić się na złodziejstwie, na narkotykach”.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej