W Katanii uderzyła nas cisza po zmierzchu. O dwudziestej pierwszej w naszej nie najlepszej dzielnicy nie było już na ulicach żywego ducha. Marcowy wiatr gnał torbę foliową. W poczerniałych fasadach nie świeciło się żadne okno. Jakaś stara kobieta uchyliła na chwilę okiennicę, spojrzała na nas i zamknęła z trzaskiem. – Widzisz... – szepnęła Federica – to w ogóle nie są Włochy, to Sycylia...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.