A więc Europa odjeżdża bez Polski. Z naszej strony to totalne frajerstwo, że nie chcemy z Niemcami, Włochami, Francuzami i Hiszpanami budować wspólnego ponadnarodowego rządu. Rynki będą nas rozgrywać, jak chcą.

Europa ma teraz do załatwienia krwawą sprawę – musi się policzyć z korporacjami. Co roku państwa Unii tracą 300 mld euro podatku CIT od międzynarodowych firm. Gdyby ta kwota wpływała – tak jak powinna – do budżetów unijnych państw, nie mielibyśmy problemu deficytów. Na przykład premier Cameron nie musiałby ciąć do kości państwa socjalnego i przerzucać publicznych zadań na samorządy (bez dodawania im pieniędzy). „The Sun” nie rozkręciłby tak łatwo kampanii szczucia na Polaków, nie mógłby wypisywać, że zjadają łabędzie w parkach, bo podobne brednie nie trafiałyby na podatny grunt. Ten grunt przygotowały oszczędności w sektorze publicznym, kolejki w przychodniach, przepełnione szkoły w tych rejonach, w których pojawiły się tysiące Polaków, a z powodu braku środków nowych przychodni i szkół nie budowano. Trzeba sprawę postawić jasno: gdyby podatki od korporacji wpływały do unijnych budżetów, nie doszłoby do Brexitu. Za tą fatalną decyzją Brytyjczyków nie stoi bowiem ludzka głupota czy morowe powietrze, ale frustracja obywateli, którzy mieli dość dziesięciu lat cięć. Konsekwencją pustek w unijnych budżetach jest też pośrednio strach przed imigrantami, bo wszędzie tam, gdzie państw nie było stać na wieloletnie kosztowne programy integracyjne oraz przyzwoitą edukację, powstawały imigranckie getta.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej