Po sprawdzeniu, że nasza pozycja dokładnie odpowiada miejscu, w którym poprzedniego dnia zatopiliśmy zanętę, spuszczam hak przez burtę i zanurzam go „w zatok ciemnych toni,/ Gdzie żarte przez robactwo olbrzymie wężary/ Pieszczą drzewa skręcone jadem czarnych woni”, jak to ujął Rimbaud. Pozwalam, by łańcuch i lina spłynęły na dno; zatrzymują się, gdy skrzynia, stamp, jest prawie pusta, co znaczy, że wydaliśmy blisko 350 metrów liny. Sześć metrów łańcucha na końcu jest potrzebne, bo jeśli rekin się złapie, to zacznie się wić, a skórę ma tak szorstką, że wytrzyma to tylko łańcuch.

Gdyby pogłaskać rekina polarnego zgodnie z kierunkiem, w którym płynie, skóra wydałaby się gładka jak jedwab. Jeśliby go natomiast pogłaskać w przeciwnym kierunku, poranilibyśmy się mocno, jego skóra jest...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.