– Monika jestem. Masz dla mnie wiśniówkę i fajki?

Dłoń ma żylastą, uścisk mocny, męski.

Oprócz niej są dwie Anie, Iza, Paulina, Beata, Ewelina... 15 kobiet.

Trzecia w nocy. Przed nami prawie 200 kilometrów. Całe szczęście, że w czerwcu na Islandii słońce chowa się tylko na trzy godziny.

– Aż szkoda zasypiać – ziewa Justyna. – Żeby nie stracić tych widoków.

W ciągu kilkunastu minut zasypiają wszystkie. Prowadzę. I myślę: co je tu przygnało?

Dzień pierwszy

Siódma rano. Niebo jest lekko pomarańczowe.

Potrzebujemy jeszcze kilku godzin snu, nim ruszymy w kierunku półwyspu Dyrhólaey, gdzie mamy oglądać maskonury – ptaki, których duża kolonia znajduje się na Islandii. Kasia upiera się, by obóz rozbić w pobliżu wodospadu. – Ma być w naturze i dziko.

Rozkładamy namioty. Niektóre robią to pierwszy raz.

Trzy godziny później dzwonią budziki. Rozpalamy kuchenki gazowe. W oddali widać wodospad Selfoss. – Właśnie tego chciałam – mówi Justyna, pochłaniając liofilizowaną owsiankę kokosową. – Namioty, terenowe samochody, przyroda. A nie hotele i drinki z palemkami.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej