Myślałam, że nigdy jej nie znajdę.

Burza fioletowych loków afro, na powiekach pomarańczowe cienie, różowa szminka, spodnie w kratkę i bluzka w kolorowe wzorki. Fanta Sangaré zakłada okulary, przeglądając papiery rozrzucone po biurku, które dzieli z asystentką. Stół obok zajmują jeszcze dwie pracownice. Pomieszczenie ma 10 metrów kwadratowych. Za mną siada pani z córką i starsza kobieta w kolorowym afrykańskim bubu. Wszystkie czekamy na audiencję. Na biurku Fanty dzwoni telefon, czyjaś komórka wygrywa irytującą melodię.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej