Spędziła pani ze Skłodowską-Curie kilka miesięcy. Jaka to osoba?

– Skomplikowana postać. Z jednej strony może być przykładem zawrotnej kariery kobiety w niezwykle trudnych czasach, z drugiej – nieosiągniętego szczęścia w prywatnym życiu. Bardzo dumna i pokorna jednocześnie. Obsesyjnie skoncentrowana na pracy, perfekcjonistka, z trudem oddająca innym kontrolę. Apodyktyczna. Trudna w codziennym życiu. Szczerze mówiąc, im więcej się o niej dowiadywałam, tym bardziej współczułam jej mężowi, Piotrowi. Myślę, że Maria rządziła w tym związku, i to musiało być niełatwe.

Jednocześnie była chyba bardzo oddana rodzinie?

– Tak. Mąż był dla niej przyjacielem, partnerem, współpracownikiem, choć daleko było ich związkowi do ówczesnego ideału rodziny, w którym kobieta nie pracowała i zajmowała się domem i edukacją dzieci. Usiłowała to wszystko pogodzić. Zajmowała się dziećmi, robiła zakupy, czytała córkom na dobranoc, była czułą matką. Zdarzało jej się biec do parku, bo uważała, że niania podczas spaceru na pewno o czymś zapomni, zaniedba, coś zgubi. To raczej przejaw jej przekonania, że sama wszystko zrobi najlepiej. Ciężko jej było oddawać kontrolę innym. Najlepszym opiekunem dla Ireny i Ewy, córek Marii i Piotra Curie, był dziadek, teść Marii, lekarz. Ufała mu.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej