Z okazji ramadanu ksiądz zaprosił mieszkańców dzielnicy do kościoła. Entuzjazmuje się: – Czterystu muzułmanów w kościele razem z chrześcijanami i Żydami!

Rok po zamachach terrorystycznych w Paryżu chcemy się przekonać, jak się żyje w brukselskiej dzielnicy Molenbeek-Saint-Jean, okrzykniętej wylęgarnią terrorystów i kolebką dżihadyzmu. Czy naprawdę jest tu tylu ekstremistów, jak twierdzą media?

Stoimy pod domem, w którym przez cztery miesiące po zamachach ukrywał się kierujący nimi Salah Abdeslam. Potępiony przez Państwo Islamskie, bo zamiast przeprowadzić samobójczy atak, uciekł do Brukseli. Pod kamienicę z pomarańczowej cegły z apteką na parterze ściągają dziennikarze z całego świata. – I jak się tu mieszka? Czy są tu dżihadyści? Czy wciąż szerzy się terroryzm? – dopytuje się dziennikarz meksykańskiej telewizji.

– Ludzie wkładają ogromny wysiłek, by żyć razem. Ale dzielnica coraz bardziej przypomina getto, niektórzy młodzi się w nim nie odnajdują. A największym problemem są radykałowie przyjeżdżający z zagranicy. Przywożą konserwatyzm z Bliskiego Wschodu. A przecież 20 lat temu nikt się tu nie obnosił ze swymi religijnymi przekonaniami – opowiada Bahar Kimyongür.

Państwo Islamskie. Dlaczego oni wygrywają

Oskarżony

Bahara poznaliśmy kilka dni wcześniej. Poleciła nam go znajoma dziennikarka z Paryża. Kilka lat temu sam został uznany za terrorystę. Rząd Turcji oskarżył go o przynależność do marksistowskiej Rewolucyjnej Ludowo-Wyzwoleńczej Partii Front. Aresztowano go w Belgii w 2006 roku na podstawie listu gończego. Po dwóch latach w areszcie uniewinniono.

Bahar urodził się w Belgii, jego rodzina pochodzi z pogranicza Turcji i Syrii. Lat 42, pisarz polityczny, ateista. Odbiera nas ze stacji metra Ribaucourt.

– Którędy pójdziemy? – zagajamy. – Są tu zaułki, gdzie muzułmanie stoją na warcie i nie wpuszczają obcych? Tak czytaliśmy w prasie.

– Nie – dziwi się Bahar. – Jest za to sporo miejsc w Molenbeek, gdzie pije się alkohol.

– Przecież muzułmanom nie wolno.

– Najczęściej piją polscy robotnicy.

Teraz propaganda Daeshu głosi: "Nie musicie migrować. Tam, gdzie jesteście, też możecie prowadzić dżihad

Ruszamy w głąb dzielnicy, a Kimyongür opowiada: – To nie znaczy, że nie ma problemu. Już ponad 640 Belgów, w większości pochodzenia marokańskiego, trafiło do Daesh. Ponad setka nie żyje. Wyjeżdżali w 2013, 2014 roku i nikt nie widział w tym nic złego. Didier Reynders, minister spraw zagranicznych, stwierdził, że będą bohaterami, bo walczą przeciw dyktaturze Baszara al-Asada. A wicepremier Laurette Onkelinx porównywała to do walki z faszyzmem w przedwojennej Hiszpanii. Nikt się nie obawiał, że belgijska młodzież będzie budować emirat z An-Nusrą lub kalifat z Daeshem. W 2013 roku byłem na demonstracji przeciwko bombardowaniu Gazy. Byli na niej ludzie z Daeshu. Jeden wymachiwał flagą Państwa Islamskiego i rozdawał ulotki namawiające do bojkotu wyborów, bo to forma politeizmu. Aż zobaczyliśmy w telewizji nagranie Państwa Islamskiego, jak Belgowie z Antwerpii i innych miejsc ucinają głowę szyickiemu żołnierzowi. Nie mieli porządnego noża i męczyli się z tą głową przez trzy minuty.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej