DOMINIK SZCZEPAŃSKI: Ile jest rodzajów lodu?

MAŁGORZATA WOJTACZKA: – Na Antarktydzie podobno kilkanaście. „Ale będziesz w stanie rozróżnić tylko kilka” – powiedziała mi glacjolożka w chilijskim Punta Arenas, skąd leciałam na Antarktydę. Miała rację.

Pierwsze, co przykuło moją uwagę na Antarktydzie, to śnieg skrzący się w słońcu. Zobaczyłam go na Union Glacier, gdzie swoją bazę ma Antarctic Logistics & Expeditions (ALE), firma obsługująca wyprawy na tym kontynencie. Baza leży w olbrzymiej dolinie. Otaczają ją góry, z których schodzą lodowce. Dotarłam tam transportowcem IL 72, który wylądował na pasie niebieskiego lodu. Stamtąd do innych miejsc na Antarktydzie latają tylko małe, kilkuosobowe samoloty. Po trzech dniach aklimatyzacji wsiadłam do takiego samolotu i poleciałam z moim ładunkiem na brzeg kontynentalnej Antarktydy.

Tuż przed wejściem na pokład wyładowałam jedyną książkę, którą wzięłam ze sobą.

Śniegologia. Dlaczego ziemskie śnieżynki zawsze u podstawy mają sześciokąt?

Jaką?

– „Władcę pierścieni. Dwie wieże” Tolkiena. Stwierdziłam, że nie będę miała czasu na czytanie, a pozbywam się prawie 0,5 kg bagażu. Później okazało się, że miałam rację. Poza tym obcowanie z przyrodą dawało mi taką przyjemność, że nie czułam potrzeby czytania.

Dokąd zabrał cię ten mały samolot?

– Na skraj lodowej zatoki – Hercules Inlet. Niespełna pół godziny lotu z Union Glacier. To brzeg pomiędzy kontynentem a lodowcem szelfowym Ronne. Stamtąd zaczęłam marsz w kierunku bieguna.

Cieszyłam się, czułam, że jestem sama, nikogo nie spotkam. Zwierzęta na Antarktydzie żyją tylko blisko wody, po drodze nie ma stacji badawczych. Przez 69 dni nie widziałam żadnych oznak życia. Wystarczy dzień mocniejszego wiatru i wszystko jest zawiane.

Ile ważyły sanki, które ciągnęłaś za sobą?

– Na początku około 120 kilogramów, na koniec jakieś 60.

Mówiłaś, że ostatniego wieczora przed wylotem z Polski usiądziesz i będziesz wszystko ważyć, żeby zmieścić się w 100 kg.

– Tak chciałam, ale zabrakło mi czasu na przemyślenie, czy wszystko się przyda. Nie chciałam ryzykować, że mi czegoś zabraknie, dlatego wzięłam wszystkiego więcej. Spakowałam telefon i modem satelitarny, GPS-y, tracker, który wysyłał moją pozycję, aparat fotograficzny, kamerkę, baterie słoneczne, powerbanki. Dwie kuchenki, kilkanaście litrów ciekłego paliwa, które w takich warunkach sprawdza się lepiej od gazu. Puchowy śpiwór, kurtki, ciepłą bieliznę, gogle, maski, okulary, narty, zapasowe wiązania, buty narciarskie, dwie pary kijków, termosy, kubki, linę, śruby lodowe, prawie 70 kg jedzenia i namiot.

Przygotowania do tej wyprawy trwały ponad dwa lata, ostatnie dwa tygodnie były intensywne, spałam mało i kiepsko, stresowałam się, że ze wszystkim nie zdążę, bo ciągle było coś do zrobienia.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej