Jaki był Rzym twojego dzieciństwa?

– Katolicki i bardzo tradycyjny. Dorastałam w latach 80. w robotniczej dzielnicy na południowych przedmieściach. Moi rodzice nie byli szczególnie religijni, ale nasze życie, podobnie jak życie naszych sąsiadów, kręciło się wokół kościoła. W niedzielę szło się na mszę, potem był wielki rodzinny obiad. W sobotę rodzice szli do pracy, a dzieci do kościoła – było tam boisko, szkółka piłkarska, można było się spotkać z przyjaciółmi. Zresztą kościół mieliśmy pod domem, widziałam go z mojego okna. W naszej dzielnicy nie było żadnych imigrantów, wszyscy byliśmy Włochami i żyliśmy bardzo podobnie.

A teraz?

– Kiedy wróciłam tam po kilku latach pobytu za granicą, okazało się, że mam sąsiadów z Chin, Bangladeszu, Syrii. W okolicy powyrastały meczety i świątynie hinduistyczne. W parku naprzeciwko naszego domu piknikują kobiety w sari. Zaczęłam fotografować inne kościoły, bo byłam ciekawa, kim są ci moi nowi sąsiedzi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej