Ze wszystkich związków najgorzej wspominam te, w których próbowaliśmy sobie na koniec wszystko wyjaśnić. „Ale dlaczego tak zrobiłaś?”. „Dlaczego nam nie wyszło?”. „Może to omówmy raz jeszcze?”. Tymczasem w życiu odpowiedź często brzmi: nie wiem. I właśnie wytrzymywanie tego stanu niewiedzy można nazwać dorosłością. Jest wiele spraw, których po prostu nie da się wyjaśnić. Nawet jeśli trzymamy w ręku jakąś nitkę sensu, coś wiemy intuicyjnie, coś mamy na końcu języka, to próba powiedzenia tego drugiej osobie zamienia się zwykle w banał i wszystko natychmiast robi się głupawe.

Rzadko mam coś ciekawego do powiedzenia i naprawdę zbyt często nie wiem, co powiedzieć. Odczuwam to jako swoją uciążliwą ułomność, która mi towarzyszy, odkąd pamiętam. Na pytania Dominiki Wielowieyskiej czy Piotra Kraśki w „Poranku” TOK FM mam zwykle ochotę odpowiedzieć: „To skomplikowane”. Albo: „Muszę się zastanowić”. Oczywiście coś jednak mówię, ale z poczuciem, że trochę wszystkich naciągam. Nie umiem poważnie traktować dziennikarza, publicysty, pisarza, filozofa, kogokolwiek, kto wiele razy dziennie na Twitterze ma światu coś ważnego do zakomunikowania. Można mieć od biedy coś do powiedzenia raz w tygodniu, a i wtedy trzeba się nagimnastykować. Uważam za przekleństwo mojego zawodu, że redakcje zmuszają nas do nieustannej autopromocji. Znam kolegów, którzy w radiowych audycjach na żywo od razu sprawdzają, jak na Twitterze są komentowane ich wypowiedzi, na bieżąco odpisują i jednocześnie wygłaszają do mikrofonu całkiem składne kawałki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej