– Przed nami stał kordon policji. O, tam! Na wysokości pomnika Powstania Warszawskiego. Natarliśmy z prętami w dłoni. Policjanci zobaczyli, że jesteśmy uparci, i szybko odpuścili. Przedarliśmy się i wbiliśmy pręty w ziemię. Wykonaliśmy rozkaz: rozpocząć budowę – opowiada Roman Sieroń wspierający Ruch Obrony Praworządności. Na strajku pod Sądem Najwyższym na placu Krasińskich w Warszawie jest od początku, od sierpnia. Z kolegami zbudował tu miasteczko namiotowe.

– Trzeba wiedzieć, że ma się pewne prawa. Ludzie stojący przed obliczem sądu często tego nie wiedzą. Przez to sędziowie dowolnie stosują prawo. My się temu sprzeciwiamy – mówi, ściągając z głowy czapkę w azteckie wzory.

Zobacz też: Obywatel RP, czyli Paweł Kasprzak opowiada o sobie i działaniach stowarzyszenia

Pikieta pod sądem nie jest jedyną w Warszawie. Namioty stoją też pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich. Tam w marcu rozbiło się kilka ugrupowań. Żądają, by premier Beata Szydło opublikowała wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Ludzie z Razem zrezygnowali po tygodniu. W szeregach KOD mówi się, by czuwanie odpuścić. Najwięcej woli przetrwania mają Obywatele Solidarnie w Akcji (OSA) i Obywatele RP. Dla nich – jak mówią – w KOD zrobiło się za ciasno i za sztywno. – Za Kijowskim nie stoi żaden konkret, a my chcemy konkretów. Nas się nie da uciszyć – twierdzą.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej