Od dewota do soku z polędwicy

Arael Zurli, „Szkło i brylanty. Gabriela Zapolska w swojej epoce”, wyd. Iskry, Warszawa 2016

Któż nie pamięta „Moralności pani Dulskiej”, kogóż w szkole nie zmuszano do lektury tej sztuki albo nie prowadzano z klasą do teatru? Lepiej wykształceni pamiętają zapewne też „Ich czworo” i „Żabusię”, a może nawet „Skiz”. Ale któż z nas ma większą wiedzę na temat życia ich autorki Gabrieli Zapolskiej? Oczywiście, nazwisko Zapolska kojarzy się z ramotą, z czymś równie porywającym jak „Nad Niemnem” Orzeszkowej, ale ten, kto przeczyta brawurową biografię Zapolskiej, pojmie, z jak niezwykłym życiorysem mamy do czynienia. A historia jej życia jest doprawdy zadziwiająca. Począwszy od tego, że naprawdę nazywała się Korwin-Piotrowska, a Zapolska to jej pseudonim. Pochodziła z bigoteryjnej rodziny, jej ojciec ku własnej rozpaczy nie został księdzem, ale udało mu się stać dewotem – w domu urządzał msze, przebierając się w szaty liturgiczne, a dzieciom kazał udawać ministrantów. Jego marzeniem było udać się na pieszą pielgrzymkę do Jerozolimy. Problem rozwiązał w ten sposób, że codziennie z pielgrzymim kosturem wyprawiał się do pobliskiego lasu, a wróciwszy do domu, zapisywał w kajecie pokonane kilometry, i tak po jakimś czasie doszedł do Ziemi Świętej. Co nam to przypomina? Oczywiście Felicjana Dulskiego maszerującego wokół stołu w symbolicznym spacerze do Wysokiego Zamku we Lwowie (bądź w innej wersji – na krakowski Kopiec Kościuszki).

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej