Jak pomóc Aleppo? Wystarczy niewielka, regularnie wpłacana kwota

Miałem kiedyś aptekę we wschodnim Aleppo. Byłem farmaceutą. Ojciec też prowadził kilka aptek, mama była lekarzem. Wszyscy mnie szanowali, mówili „panie doktorze”, choć lekarzem nie jestem. Bycie farmaceutą w Syrii to prestiż.

Codziennie dojeżdżałem do pracy, bo mieszkałem w chrześcijańskiej dzielnicy Aziziya w zachodnim Aleppo. Było to uciążliwe, wiadomo, częste posterunki wojsk reżimowych i rebeliantów, snajperzy na budynkach, kontrole. Czasem nocowałem w aptece.

Pewnego dnia, był to koniec 2013 roku, wróciłem po południu do domu. Nie zdążyłem zaparkować, zadzwonił telefon. Lotnictwo zbombardowało dwa budynki, w jednym z nich znajdowała się moja apteka. Zginęło kilkoro pracowników, Bogu ducha winnych ludzi, którzy pracowali ze mną od wielu lat.

Aleppo przed wojną i dziś

Pękłem. Powiedziałem rodzicom, że wyjeżdżam. Sprzedałem za bezcen moje mieszkanie i samochód. Wkrótce byłem już w drodze do Libanu.

Teraz pracuję na czarno w kebabie w Europie, nie powiem gdzie. Boję się. Mam poczucie straconego życia, teraźniejszość jest wegetacją, a przyszłości nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić. Gdy tu przyjechałem, musiałem iść do psychiatry. Brałem leki.

Świadomość, że rodzice tam zostali i są sami, jest nie do zniesienia. Mam wyrzuty sumienia, że wyjechałem. Chciałem żyć. Rodzice też tego chcieli. Zostałbym siłą wcielony do armii. A ja nie chciałem zabijać ani nie chciałem być zabity. Jestem zwykłym człowiekiem, nie stoję po żadnej ze stron.

Z mojej dzielnicy wielu młodych uciekło. Tak jak ja. Zostali rodzice, bo starych drzew się nie przesadza. Pilnują dobytku, żeby nikt nie rozkradł naszego mieszkania i majątku.

Wieczorek taneczny w alei snajperów. Co Dariusz "Maleo" Malejonek widział w Aleppo

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej