W maju pisałem, jak w drodze na festiwal poezji w Tarnopolu zatrzymałem się we Lwowie, żeby wejść do mieszkania Zuzanny Ginczanki. Cudownej poetki zamordowanej w 1944 w Płaszowie, w wieku 27 lat. I wszedłem. Zapukałem pod adres, który wskazała mi Maria Stauber, córka Ludwiki z domu Gelmont, bliskiej przyjaciółki Zuzanny, powiedziałem: „Ja polskij poet...”, i wpuszczono mnie.

Także tym razem jadę do Lwowa, żeby czytać wiersze. Ale już nie umiem nie szukać Ginczanki. Zamierzam zapuścić się jeszcze bliżej niej, do Równego, w którym dojrzewała.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej