Co młodego lekarza psychiatrę pchnęło do więzienia?

– Kiedy zaczynałem, w połowie lat 60., byłem przekonany, że jedyną moją motywacją są pieniądze. Rezydentura w akademickim szpitalu na Harvardzie nie wystarczała na utrzymanie rodziny, a miałem już wtedy żonę i trzech synów. Przyjąłem więc propozycję pracy w zakładzie karnym w stanie Massachusetts. Szedłem tam niechętnie, bo wydawało mi się, że większość moich podopiecznych jest niereformowalna. Szybko jednak się okazało, jak bardzo się mylę.

Z czego nie zdawał pan sobie sprawy?

– Na przykład z tego, że osadzeni byli żywo zainteresowani lepszym wglądem w siebie, zrozumieniem swojego zachowania i motywów, które nimi kierowały. To oczywiście nie działo się od razu, wymagało intensywnej i bardzo uważnej pracy, ale kiedy zaczynali widzieć, że skrzywdzili nie tylko innych, ale również siebie, byli na dobrej drodze do zdrowienia. Bo przemoc jest chorobą.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej