Wmawiam sobie od dawna, że jestem tolerancyjny. Wielkoduszny dla każdej nawet bardzo pokręconej osobowości. Raz po raz łapię się jednak na tym, że to fałszywy obraz. Niestety, pewne przypadki ludzkie budzą moją automatyczną irytację. To silniejsze i ode mnie, i od mojej wersji na wynos. Irytują mnie bezradni mężczyźni oraz kobiety, które godzą się ze swoim losem. Wszystko się we mnie burzy, kiedy mam do czynienia z kimś takim. Odpuśćmy sobie teraz analizę, dlaczego tak się dzieje, bo nie jest niczym trudnym.

Kiedy za to spotykam na przykład kobietę, która ze swoi losem się nie godzi, natychmiast chciałbym o niej pisać książkę.

Na Blog Forum w Gdańsku spotkałem Anitę Demianowicz. Po pięciu latach pracy w korporacji kupiła bilet, spakowała bagaż i zostawiła w domu męża. Wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Wręczyła mi swoją książkę z tej podróży – „Końca świata nie było”. Wcześniej podróżowała z mężem, ale podróże z nim zwalniały ją z samodzielności. Mówił za nią w obcych językach, bo sama się wstydziła, nie wiadomo właściwie dlaczego. Do Gwatemali, Hondurasu, Salwadoru i Meksyku pojechała, nie znając hiszpańskiego. Coś sprawiło, że musiała znaleźć się w sytuacji, kiedy zdana jest tylko na siebie. Znam to. Zdać się na siebie to wyzwolić się z siebie; wyjść ze swoich ograniczeń. Sam latam do Nowego Jorku, nie znając angielskiego, a za chwilę sam bez angielskiego polecę w głąb Stanów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej