Jaką pan ma swoją prawdę – pyta mnie zawsze ktoś z publiczności. Tym razem wieczór miał nazwę „Codzienność” i odbywał się w Teatrze Nowym w Poznaniu. Notorycznie powtarzam to samo: tak żyć, żeby miał mnie kto trzymać za rękę, kiedy będę umierał. Notorycznie dodaję, że lepszej filozofii dla siebie nie widzę.

Po spotkaniu podeszła młoda kobieta, która wręczyła mi książkę, a w niej dedykację ze zdaniem: „...bo ja czasem mam zaszczyt trzymać za tę rękę”. Spytałem więc, do jakiej prawdy doszła przy tym zaszczycie.

– Trzymanie za rękę to nie jest moment – zastrzegła. – Jakiś magiczny czy graniczny moment, gdy jeden człowiek opuszcza życie, a drugi w tym czasie dotyka jego ręki. Pan może nie wie, czasem dla pacjenta trzymanie ręki nie jest niczym przyjemnym.

– Nie pomyślałem o tym.

– Ręka drugiego człowieka, choćby nawet życzliwa i z troską, bywa za ciężka, zbyt ciepła, drażniąca. Taki dotyk czasem może nawet wzmagać objawy bólowe. Trzymanie za rękę to dla mnie bycie obok. Banał, ale muszę to tak prosto powiedzieć. Trzymanie to proces, trwanie, nie jednorazowe hop i do wody.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej