Chcesz zostać pierwszą Polką, która zdobędzie biegun południowy. Kiedy na to wpadłaś?

– Dwa lata temu, gdy weszłam na nartach na najwyższy szczyt Spitsbergenu. Pomyślałam wtedy o marszu na biegun, że to musi być fajne, bo idzie się dłużej i człowiek bardziej odrywa się od cywilizacji.

Po co się odrywać?

– Żeby zobaczyć inny świat. Tutaj rozwiązujesz dużo problemów, ciągle podejmujesz decyzje i rzadko od razu widzisz ich konsekwencje. Trzeba kupić nowy telefon, zrobić zakupy. Na co dzień zajmuję się organizacją rejsów w okolice polarne. Odbieram telefony, odpisuję na maile, pilnuję terminów. Dużo przy tym papierkowej roboty. Dobrze jest się od tego oderwać, wyjechać, zmęczyć. Wysiłek daje mi energię, by żyć normalnie. A biegun ma w sobie magię, jak najwyższa góra i najgłębsze nurkowanie.

To lata odkryć, wyprawy Ernesta Shackletona, Roberta Scotta i Roalda Amundsena, czasami okupione życiem, pionierskie próby z innym niż dziś sprzętem. Szli w nieznane. Dziś mamy mapy, lepsze wyposażenie. I coraz rzadziej możemy poczuć to, co oni – dotrzeć tam, gdzie jeszcze nikogo nie było. Namiastkę tego miałam w jaskiniach. Biegun to też wciąż ogromna przestrzeń, niezmieniona natura.

W polarnej wędrówce jest coś z medytacji. Jak jest trudno, to myślisz, co zrobić, by przetrwać. Najczęściej jesteś zajęty najprostszymi czynnościami. To trudne fizycznie, ale w pewien sposób łatwiejsze psychicznie, bo jesteś skupiony na jednej konkretnej rzeczy. Myślę, że tam się odpoczywa. Jak na wakacjach, kiedy życie jest prostsze.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej