MAGDALENA KICIŃSKA: Julia Brystygierowa piękna jest na tym okładkowym zdjęciu. Eteryczna.

PATRYCJA BUKALSKA: – Byłoby łatwiej, gdyby patrzyła na nas brzydka, stara kobieta, a jej dłonie ociekały krwią? Bez niej zło nie przestaje przecież być złem.

Złem, które ciągle fascynuje. Na ekrany wejdzie niedługo „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego, właśnie ukazała się pani książka. Luna, mniej lub bardziej dosłownie, odbija się w bohaterce „Idy” Pawlikowskiego, w jednej z postaci popularnego telewizyjnego serialu „Czas honoru”. Co takiego w niej było, że ciągle wraca jako symbol stalinowskiego terroru?

– Bardzo chciałam się tego dowiedzieć. Dlaczego mówimy o „krwawej Lunie”, a nie np. o „krwawym Józku Różańskim”? Nad odpowiedzią na to pytanie pracowałam półtora roku – im dalej, tym było trudniej, również emocjonalnie, ostatnie pół roku było najcięższym okresem w moim życiu, jakby wisiała nade mną jakaś klątwa. Choroby w rodzinie, które nie ominęły nawet psa, seria wypadków, łącznie ze strąceniem z biurka i rozwaleniem komputera tuż przed wysłaniem książki do korekty, koszmary, które mnie męczyły. Zadawałam sobie nawet pytanie, czy to klątwa Luny, czy jej ofiar. Ale postanowiłam jednak doprowadzić tę pracę do końca.

Na jakich źródłach się pani opierała?

– Rozmowy z bezpośrednimi świadkami tej historii były już praktycznie niemożliwe. Korzystałam więc przede wszystkim z materiałów Archiwum Akt Nowych i IPN. To dziesiątki tomów akt. Dzięki skrupulatności służb dowiedziałam się także, co robiła na emeryturze, gdzie piła kawę. Korzystałam też z materiałów zebranych przez Teresę Torańską.

Chciała napisać o Lunie?

– Zebrała część materiałów na jej temat, ale do końca nie wiadomo, czy miała to być książka o samej Lunie, czy też o korzeniach całej formacji.

A pani dlaczego chciała o niej napisać?

– W poprzedniej książce pisałam o sierpniowych dziewczętach – uczestniczkach powstania warszawskiego, bohaterkach, które stanęły po jasnej stronie, zapłaciły za to wysoką cenę, ale wyszły z doświadczenia wojny – a po wojnie często i z więzienia – z podniesioną głową. Jednak interesował mnie też rewers. Jak to jest, kiedy wybiera się inną drogę. Na początku chciałam napisać o kobietach „z ciemnej strony”, strażniczkach więziennych i tych, które były u władzy w czasach stalinowskich. Ale im bardziej się im przyglądałam, tym bardziej na ich tle wyróżniała się Luna. Wydała mi się najbardziej frapująca i – przynajmniej na początku zbierania dokumentacji – najbardziej dostępna. Wydawało mi się, że materiałów będzie sporo.

A potem, 1 listopada ubiegłego roku, byłam na Powązkach u moich powstańców. Grób Luny nie jest daleko, poszłam. Płyta nagrobna umazana była czerwoną farbą, ktoś napisał „krwawa Luna”. Nagle miałam wrażenie, jakby powietrze zgęstniało wokół mnie. Niedaleko jest przecież „łączka”, miejsce, gdzie w anonimowym grobie chowano ofiary terroru stalinowskiego. Poczułam nagle, jakby one wszystkie stały za moimi plecami – a ja stałam przed Luną. Zrozumiałam, że muszę sprawdzić, kim była kobieta, z nienawiści do której ktoś do dziś wylewa czerwoną farbę na grób.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej